Veneficium: XII


part three

Jedynym miejscem, w którym nie byłby narażony na traumatyczne skutki swoich słów mogła być w tym momencie jedynie trumna. Charlie niczym rzep przykleiła się do jego szaty próbując za wszelką cenę wyciągnąć z niego informację na temat Wilkinsa.
Miał w tym momencie najszczerszą ochotę uciąć sobie język, by nie cierpieć już męk piekielnych, kiedy to zaciekawiona i wyjątkowo denerwująca Charlie co chwilę za niego go ciągnęła. Właśnie siedział spokojnie w pokoju wspólnym, ciesząc się miłym popołudniem, kiedy z męskiego dormitorium wyszła odnoga rodu Warner i od razu skierowała swój wzrok na niego.
- Nie ma Willa w waszym pokoju… - mruknęła z wyrzutem i złością patrząc na uśmiechającego się półgębkiem Marcusa.
- Nie ma? No kto by pomyślał… - powiedział chłopak patrząc wymownie na sufit. Och, gdyby tylko Charlie tu nie stała umarłby z radości, widząc jej minę. Jednak jak każdemu normalnemu człowiekowi zależało mu, żeby jego kończyny w stanie nienaruszonym dotrwały do końca roku szkolnego. Uśmiechnął się więc jedynie w myślach, próbując nie pokazać po sobie niezmiernej ciekawości i satysfakcji, kiedy w końcu będzie mógł jej to powiedzieć.
- Sprawdź w kuchni. Na pewno przeprowadza właśnie dyskurs z skrzatami na temat zasad bhp – powiedział od niechcenia. Popatrzył wymownie na Fabiana, siedzącego w pobliżu. Chłopak tylko uśmiechnął się i podszedł do stołu, kładąc niedaleko nich książkę.
- Denerwujesz mnie… - odburknęła niezadowolona dziewczyna, zakładając ręce na piersi. Marcus odwrócił wzrok od Fabiana i popatrzył na Charlie, która była wyjątkowo naburmuszona. - Nie rozumiem czemu się ze mną tak droczysz. Nie lepiej od razu powiedzieć, gdzie on poszedł?
- Och, kochanie. To sprawia mi niezmierną przyjemność… – parsknął śmiechem, ale zamilkł widząc jej rękę niebezpiecznie blisko swojej głowy. – Pokój! Nie o to mi chodziło… Widzisz chciałem ci tylko pokazać, jak bardzo chcesz go znaleźć. Przecież normalnie byś sobie odpuściła i zaczęła torturować jakieś niewinne woluminy lub po prostu zajęłabyś się czymś innym dopóki sam by do ciebie nie przyszedł. – Już miała coś odpowiedzieć, ale nie pozwolił jej się wcisnąć w wywód. – Nie widzisz tego? Naprawdę nie wydaje ci się to dziwne?
- To nic nie znaczy… - sapnęła ze złością, siadając na miejscu obok niego. Marcus nic nie odpowiedział, patrzył jedynie jak dziewczyna sięga po jedną z książek zostawionych na stole niedaleko nich.
- To moje! – krzyknął Fabian, ale widząc minę Charlie odpuścił sobie dalsze dociekania przynależności woluminu.
Charlie wzięła do ręki książkę poświęconą eliksirom miłosnym. Ze zdziwieniem spojrzała na okładkę – było to to samo wydanie, które tak z Willem maltretowali. Szybko przewertowała strony, aż w końcu dotarła do numeru siedemdziesiąt siedem. Uśmiechnęła się lekko do siebie widząc wygięty róg i dwa znane jej charaktery pisma.
- „Przyjaciele na zawsze” – odczytał zza jej ramienia Marcus, patrząc na książkę. Pokręcił z niedowierzaniem głową. – Nadal twierdzisz, że to nic nie znaczy?
Charlie szybko odwróciła głowę w jego stronę, w jej oczach widział strach. A za nim coś jeszcze - iskierkę nadziei, radości i zrozumienia. Prawdziwego i niewiarygodnego zrozumienia.
- Gdzie on jest? – zapytała się szybko, odkładając z hukiem książkę na blat stołu.
- Biblioteka – odpowiedział spokojnie zakładając ręce za głowę i wygodnie rozwalając się w fotelu.
A potem znikła.
W jednej chwili czuł jeszcze zapach jej cytrynowych perfum, w drugiej już jej nie było, jakby nigdy też nie istniała w tej czasoprzestrzeni wokół niego. Zawsze to wiedział.
Jej świat należał do innego.
Marcus zaczął pogwizdywać  i bez pardonu wręczył Fabianowi sykla.
- Dobra robota – powiedział poklepując chłopaka po ramieniu – Jak już ci mówiłem, książki mogą zdziałać cuda.

Will siedział w swojej ulubionej części biblioteki. Była ona wystarczająco oddalonaod wszelkiego zgiełku, pełna magicznych wręcz wibracji dochodzących z znajdującego się niedaleko działu Ksiąg Zakazanych. Bibliotekarka również nie odwiedzała tej przestrzeni często, bardziej skupiona na czytaniu ostatniego wydania Czarownicy.
Z nutką nostalgii przypominał sobie chwile spędzone z przyjaciółmi. Gdzieś niedaleko stołu wybuchło ich nieudane zaklęcie teleportacyjne, jedno z huśtających się krzeseł było kiedyś drabiną, a przypalony parapet był dziełem Jess, która uczyła się jakiejś skomplikowanej inkantancji.
Próba skupienia się na artykule dotyczącym felików żółto dziobowych spełzł więc na niczym. I kiedy już zamykał książkę, kiedy pakował ją do torby coś się stało.
Nie była to jedna z fruwających książek w dziale Ksiąg Zakazanych. Pani Pince nadal siedziała w swoim bibliotecznym gniazdku. Wszystko było po staremu.
Z jednym małym, drobnym szczegółem.
Charlie stała naprzeciwko niego.

Nie mogła myśleć. Każda cząsteczka jej ciała w jakiś sposób pchała ją naprzód, jakby jej mózg nie był połączony z żadną częścią jej ciała. Jej serce omal nie wyskoczyło kiedy biegła korytarzami. Nie kontrolowała ruchu rąk i nóg, tego gdzie i po co kierowała się.
Po raz pierwszy była wolna.
Kiedy go zobaczyła nie kontrolowała nawet emocji. Jej łzy mimowolnie skapywały po policzkach, ręce drżały, a ona cała zdawała się w tym momencie kostką lodu, którą ktoś koniecznie musi rozpuścić, żeby się nie zmarnowała.
Wszystko było na swoim miejscu.
- Szukałam cię – odpowiedziała na bezdechu, próbując nie myśleć, choć było to raczej niemożliwe. Milion rzeczy na raz wpychało się do jej umysłu nieproszenie, oczekując drogi wyjścia. Will uśmiechnął się tak jak tylko on umiał. Jego włosy nigdy nie zdawały jej się równie ciemne, a oczy nigdy tak spokojne i radosne.
- No to mnie znalazłaś – odpowiedział.
Przez chwilę zapadła między nimi cisza przerywana klekotem ksiąg i niewiarygodną melancholią tego miejsca. Zapach tuszu mieszał się z posmakiem magii i obietnicą.
Wszystko  było na swoim miejscu.
Miała na chwilę nadzieję, że już nie będzie zły, że pozwoli się przeprosić. Ten jednak spuścił głowę w dół i próbował nie zmuszać się by na nią patrzeć.
Była tak piękna.
W tym momencie uświadomiła sobie, że być może zaszła tu jakaś pomyłka. Jednak ściskana w ramionach książka nie mogła ją zmylić. Był to odręczny dowód. Na wszystko. I na nic.
- Patrz co znalazłam – powiedziała z gardłem ściśniętym do granic możliwości. Wystawiła w jego stronę książkę pokazując słowa zapisane przez ich dwoje. Na tej samej stronie jeden z kociołków na zdjęciu tryskał różową mazią formując małe obłoczki przypominające tandetne serca. Will roześmiał się widząc to.
- Pamiętam to! – odpowiedział uradowany, szybko podchodząc do niej. – My dorysowaliśmy te serca… stwierdziliśmy, że tak będzie pasowało do takiego eliksiru.
Charlie uśmiechnęła się lekko do niego.
- Mogę? – zapytał się, wyciągając rękę w stronę woluminu. Dziewczyna kiwnęła twierdząco głową, podając mu książkę.
Na ułamek sekundy ich dłonie się zetknęły. Popatrzyli na siebie z przestrachem i zażenowaniem. Charlie spuściła głową, bojąc się w ogóle odezwać. Kiedy zabrakło w jej rękach czegoś stałego do potrzymania zaczęła nerwowo miąć w dłoni róg spódnicy.
 - „Przyjaciele na zawsze” – przeczytał z westchnieniem i po raz pierwszy odkąd się pojawiła naprawdę spojrzał na nią.
Była tak piękna.
- A na dole dopisek: „Wszyscy jesteśmy głupcami w miłości” – szepnęła, podnosząc do góry głowę, by móc zobaczyć jego czarne oczy.
- Tu nic nie ma takie….
I wtedy na reszcie wszystko ułożyło się na swoim miejscu.

Pocałunek miał w sobie coś z cytryny i niezapominajki. Był na chwilę wszystkim i niczym, takim miłym uczuciem kiedy wszystko się zaczyna. Był rosą o poranku, był dniem spędzonym w parku, był oddechem radości, skupionej wokół malutkich szczególików po prostu bycia. Miał w sobie coś z Ksiąg Zakazanych, z magii wieczności. Był alegorią tego co zaznają i zaznać powinni.
Miał w sobie tę nutkę zapomnienia.
I dla nich…
Och, dla nich – był wszystkim.

Koniec.

Gdyby jeszcze niedawno ktoś powiedział, że skończę Veneficium śmiałabym się i płakała z rozpaczy na przemian. Tymczasem – jeśli oczywiście nie przyśni mi się epilog – to już koniec. Chciałam podziękować wszystkim, którzy byli przy mnie, kiedy spisywałam tą krótką historię. Dla moich nacystek, którym zawdzięczam napływy dobrego samopoczucia, dla mojej siostry, która mnie do wszystkiego zainspirowała.
Pozostawiam na razie z obietnicą rozpoczęcia nowego projektu, który już zaczął powstawać. Kiedy tylko będzie gotowy…
Cóż, mam nadzieje, że sami się tego dowiecie.

Całuję i pozdrawiam.

Mrau.
Mrau, 2008-05-14
skomentuj (7)

Veneficium: XII


part two


Kto by pamiętał, o co w tym tak naprawdę chodziło?
Charlie czuła jedynie zimno. Siedziała właśnie na Zaklęciach. Podparła brodę na wyciągniętej na ławce ręce i tępo wpatrywała się w pszczołę, która próbowała za wszelką cenę wylecieć przez okno. Co rusz obijała się o kolorowe szkło, by w końcu wylecieć na błonia, które ogrzewało południowe słońce. Dziewczyna westchnęła zrezygnowana. Przez chwilę siedziała spokojnie, słuchając co drugie słowo, które wydobywało się gdzieś z okolic katedry, ale już po chwili zaczęła się wiercić w siedzeniu, jakby te wszystkie nieprzyjemne myśli chciały w jakiś sposób dać o sobie znać. Wyczuła na sobie czyjś nachalny wzrok.
Nie musiała się nawet odwracać, by wiedzieć do kogo należał.
Z rogu sali nerwowo tupał nogą Marcus, próbując za wszelką cenę nie wywiercić jej dziury w głowie, choć odbywało się to z mizernym skutkiem. Co chwilę nerwowo sprawdzał wzrokiem, czy nadal tam siedzi. Próbował coś zapisywać, znowu tupał, potem odruchowo stukał piórem o krawędź blatu, by w końcu utkwić w niej wzrok, który miał w założeniu zmusić ją do obejrzenia się w jego stronę. Najwyraźniej wczorajszy wygłup mógł okazać się brzemienny w skutkach nie tylko w związku z Willem, ale też z niczego nieświadomym Marcusem.
"Biedny Warner" - pomyślała odruchowo Charlie, czując wwiercające się w nią spojrzenie. Trudno było jej nie winić siebie za cały ten bieg zdarzeń.
Ale tym razem wiedziała, co ma zrobić. Nie będzie już nigdy błądzić do wyjścia jak ta pszczoła. Co to, to nie.
W końcu miała na imię Charlie Wright. A to wymagało animuszu, odwagi i zdecydowania.
I żadna pszczoła nie będzie od niej lepsza.

- Warner - syknęła Charlie łapiąc chłopaka za poły szaty, kiedy wychodził z sali. Z początku był zaskoczony, jego brwi podjechały do góry, ale już po chwili uśmiechnął się całkiem szczerze i zalotnie.
- Możesz mi mówić po imieniu - mruknął, pozwalając się ciągnąć korytarzem w stronę schodów.
- Ohyda! - odpowiedziała szczerze, patrząc na jego rozmarzoną minę.
Marcus w tym samym momencie stanął jak wryty. Charlie ugryzła się w język, nie mogąc powstrzymać się od myśli, że z tą uwagą mogła jednak poczekać.
- To nie miałaś właśnie zamiaru znaleźć jakieś ustronne miejsce jak schowek na miotły i zacząć się ze mną dziko całować? - zapytał się szczerze i całkowicie zdziwiony.
- Po pierwsze: schowek na miotły? - Charlie wzdrygnęła się na samą myśl - Czy ty wiesz jak bardzo detergenty niszczą włosy? Po drugie: nie całuje się w miejscach ogólnie dostępnych. Po trzecie... - Już chciał jej przerwać, ale zasłoniła mu ręką usta - Po trzecie nie mam nic do ciebie, ale to nie wyjdzie, Warner. Nie kocham cię.
Zapadła cisza. Wysypująca się gromada siódmoklasistów omijała ich w ciszy, by już parę metrów dalej zacząć radosne plotkowanie. Ale w tym momencie Charlie nie przejmowała się nimi. Patrzyła z uwagą i... cóż, litością na Marcusa, który wyglądał jakby go spoliczkowała, a potem zdeptała do poziomu gumochłona.
- Nie…? - upewnił się z kwaśną miną.
- Przykro mi - odpowiedziała szczerze. "Szczerze" - jeśli się zastanowić to nie robiła tego przez dłuższy czas. - Ja naprawdę nie chciałam, żebyś coś sobie pomyślał po tym jak, cóż, pocałowałam cię, ale to wszystko wynikało z tego, że... - Tym razem to Marcus przymknął jej buzię.
- Przestań tyle gadać. Przyprawiasz mnie o bóle głowy - powiedział uśmiechając się sarkastycznie. - To nic. Ja chyba zawsze wiedziałem, że nic z tego nie będzie Wright. Jestem po prostu dla ciebie za dobry.
Charlie roześmiała się z ulgą. Miała w tym momencie ochotę go przytulić, co najwyraźniej odczytał z jej miny, bo odsunął się szybko.
- Drugiego zbliżenia z tobą mogę nie przeżyć, Wright.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
- Więc czy będę mogła jakoś ci to w przyszłości wynagrodzić?
- Prędzej niż myślisz Wright - Marcus wyszczerzył zęby - A Will będzie moim dłużnikiem za to do końca życia....
Z tymi słowami odwrócił się w drugą stronę. Zarzucił torbę na ramię i pogwizdując lekko doskonale zignorował Charlie, która z uporem krzyczała za nim:
- Will? A co do tego ma Wilkins? Marcus! Warner, o co ci chodziło? Marcus....!

Artek pomerdał klapką ze zrozumieniem, patrząc jak dziewczynka płakała. W jego zardzewiałych obwodach pojawiła się myśl.
Poczłapał w stronę jednego z prostokątnych urządzeń, dzięki czemu oni, po jakimś czasie wylegiwania się na nim, zdrowieli. Wdrapał się na materac, potem zaglądnął pod puchowy prostopadłościan. W paszczę wziął kawałek kolorowej makulatury, który o ile pamiętał, nie był jedzeniem. Zeszedł klekotając i wspiął się na ten wybrakowany prostopadłościan, na którym siedziała dziewczynka i zadowolony podstawił go pod jej nos. Ta smarknęła w kolejną chusteczkę i wzięła do dłoni, to co jej przyniósł.
Zaśmiała się przez łzy.
Bo kto by pamiętał, o co w tym tak naprawdę chodziło?

Uciekł z zielarstwa. Fakt ten pozostawał bezsprzeczny i wręcz nienamacalny. Artur nie mógł bowiem walnąć Chrisa w plecy i przywitać z nim z miną znawcy, za którego się uważał. Trochę ze smutkiem popatrzył na wolne miejsce obok siebie.
Może powinien już zacząć się przyzwyczajać?
Koniec nauki oznaczał też nowe obowiązki. Dla nich dwóch.
I kiedy patrzył na swoją narzeczoną mógł tylko dziękować Merlinowi, że trafił tak doskonale. W przeciwieństwie do niektórych.
- Serce nie sługa - zanucił chłopak. Stojąca obok niego Marietta parsknęła śmiechem. Artur tylko uśmiechnął się do niej lekko i przetarł czoło, z którego spływał pot.

Uciekł z zielarstwa. Stwierdzenie to ciążyło mu tylko przez chwilę, by potem ulotnić się wraz z każdym powiewem świeżego, letniego popołudnia. Myśl o szklarni numer trzy była w tym momencie ostatnią, na jaką mógłby wpaść. Z ulgą przeczesał dłonią włosy, podwinął mankiety koszuli, zdjął krawat i odpiął ostatnie guziki koszuli.
Czuł się wolny.
Uważając na ewentualne zagrożenia w postaci gajowego czy nauczycieli z zadowoleniem przeszedł się błoniami. Zdawało się, że trawa szumiała, a woda bulgotała z tego gorąca.
Usiadł niedaleko starego dębu, którego konary sięgały aż wodopoju. Z odczuwalną ulgą porzucił torbę i zdjął buty.
Przez chwilę leżał w ciszy, ręce miał założone za głowę. Mrużąc oczy patrzył na bezchmurne niebo. W głowie kołatały się słowa piosenki, na punkcie której oszalał niedawno Artur.
"Raz, dwa, trzy. Nawet nie próbuj ze mną zadrzeć.
Trzy, dwa, jeden. Nawet się nie waż na mnie patrzeć."
Bulgoczące Wiedźmy nie mogły trafić lepiej. To nic, że się dobrze nie rymowało.
Chris uśmiechnął się do swoich myśli.
Wtedy ktoś zasłonił mu oczy.
- Kto to? - zapytał się odruchowo, sięgając dłońmi za siebie. Opuszki palców drażniły jego powieki, a włosy muskały jego twarz. Dziewczyna siedziała na ziemi i nachylała się nad nim. Złapał jej nadgarstków i rękami sunął coraz wyżej, dotykając w końcu twarzy.
- Jess?
Dziewczyna szybko podniosła dłonie. Zmrużył oczy w słońcu, próbując dojrzeć postać siedzącą obok niego. Podniósł się na łokciach i wtedy zrozumiał swoją pomyłkę.
Łzy kapały z zaróżowionych policzków Georgianny. Jej rude włosy zasłaniały częściowo jej jeszcze dziecinną twarz.
- Nie... ja nie chciałem…
Dziewczyna odepchnęła jego ręce, które chciały ją jakoś pocieszyć.
- Chciałeś Chris… Chciałeś żeby to była ona. A ja.. nie mogę się zastanawiać, czy zawsze będziesz chciał żebym nią była… - Georgianna nagle parsknęła śmiechem i dodała z ironią – A ja chciałam ustalać już datę…
- Ja naprawdę… ja z Jess... to nieporozumienie – zaprzeczył stanowczo chłopak, kręcąc głową. – To się nie wydarzy.
Georgianna przestała łkać i mógł w końcu zobaczyć jej ładne oczy.
- Kochasz ją?
Christopher przez chwilę patrzył na dziewczynę, by po chwili spuścić wzrok.
- Obiecałem twoim rodzicom…
- Kochasz ją? – zapytała się ponownie. W dłoni ściskała chusteczkę ze swoimi inicjałami i patrzyła na niego z obawą i przerażeniem.  Nie mógł patrzeć jej w oczy.
- Nie – odpowiedział z ociąganiem. Georgianna jednak nie spoczęła na tym. W swoje drobne dłonie wzięła jego twarz, by spojrzał jej w oczy.
- Udowodnij mi to – powiedziała z powagą.
I w tym momencie czas się zatrzymał.

Jess co chwilę wachlowała się egzemplarzem „Zielarstwa dla zaawansowanych”, próbując nie myśleć o dobijającym żarze, który w cieplarni numer trzy był wręcz nie do zniesienia. Leciwa już profesor Sprout zdawała się w ogóle niewrażliwa na jakiekolwiek warunki atmosferyczne i kiedy połowa szkoły umierała, ona spokojnie przesadzała kolejne roślinki. Jess miała tylko nadzieję, że chrapiący niedaleko niej Arthur nie zwróci uwagi nauczycielki, która ze stoickim spokojem starała się Jeremiemu wytłumaczyć subtelną różnicę między chochlą a łopatką. Po chwili Pomona Sprout przeniosła się z bagażem uwag do jej stolika, analizując wygląd jej felika żółto dziobowego, który co chwilę mlaskał i szczypał swoim podłużnym pyskiem.
- Nie karmiłaś go dobrze – skomentowała kobieta, głaszcząc po dziobie felika, który zaczął się do niej przymilać. Jess ze złością popatrzyła na stworzenie, które w jej obecności tylko szczypało i gryzło, a przy nauczycielce zachowywało się jak potulna sowa. – Nie rozumiem, czemu tak na niego narzekasz… jest taki kochany! – podsumowała nauczycielka zanim oddaliła się w stronę Marietty.
Na zaprzeczenie słów Sprout w tym momencie felik dziobnął ją i zwinął się w kulkę.
W tym momencie miała szczerą ochotę go po prostu zdeptać lub potraktować jakimś sprytnym eliksirem.
Z tyłu cieplarni dobyło się głośne „plask”, oznaczające, że profesor Sprout dotarła ze swoim wyświechtanym egzemplarzem „Zielarstwa dla zawansowanych” do miejsca, w którym drzemał Arthur i potraktowała jego głowę skórzaną oprawą tego dzieła.
- Tylko nie szlaban! – zawył chłopak, rozmasowując głowę. Profesor Sprout tylko zmierzyła go wzrokiem, który każdego felika żółto dziobowego przyprawiłby o mdłości. – To kiedy mam się zjawić, pani profesor? – dodał potulnie, widząc jej minę.
Cała klasa roześmiała się.

W dobrym humorze wyszli z cieplarni, plotkując między sobą. Margaret podeszła do niej i złapała ją pod rękę, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Ten dzień nie mógłby być lepszy – powiedziała radośnie. Jess uśmiechnęła się lekko.
Po chwili oddaliły się znacznie od cieplarni i postanowiły przejść się po błoniach, delektując się gorącym dniem. Rozmawiały o wszystkim, skrzętnie pomijając temat zakazany. Marietta odrzuciła do tyłu włosy, związując je w kitkę.
- Ten upał mnie dobije. Zresztą jak już mówiłam… - przerwała nagle i zacmokała z niesmakiem – trzeba się zbierać…
- O czym ty mówisz? Jest tak ładnie… przejdźmy się jeszcze kawałeczek – powiedziała z błagalną nutą, patrząc na przyjaciółkę.
- Nie… lepiej chodźmy… - i szybko odwróciła się w stronę zamku. Zaintrygowana Jess odwróciła się w stronę jeziora, na które wcześniej patrzyła jej przyjaciółka.
Ścisnęła nagle bardzo mocno pasek torby. Czuła jak materiał z bólem wbija się w jej skórę. Nie miała nawet siły żeby zaczerpnąć powietrza.
- Nie chciałam żebyś widziała – powiedziała kwaśno Marietta, stając za nią i dając jej przyjacielski uścisk. – Chodź. Zjemy pudełko lodów Fortescque.
Jess tylko uśmiechnęła się blado do niej.
- Przecież to normalne. Są narzeczeństwem – powiedziała stanowczo, dając się prowadzić przyjaciółce.
- Co nie zmienia faktu, że boli – szepnęła Marietta. Jess westchnęła.
- Nie zmienia to faktu, że to bardzo boli…

Will miał wrażenie, że każdy cal jego ciała należał do kogoś innego. Jego mózg, dla przykładu, wybierał zielarstwo, tułów - quidditch, ręce - szachy, zaś nogi - bieg.
Kochał biegać. Ponad wszystko. Trzymał w dłoni wszelkie możliwe księgi, kierując się powoli do biblioteki. Gdyby tylko ich nie miał, myśl, że ktoś mógłby stwierdzić, że jest nienormalny, biegnąc przez wszystkie te korytarze nawet nie byłaby przeszkodą.
Gdyby tylko wiedział gdzie podziało się jego serce, mógłby w końcu zastanowić się nad umiejscowieniem go we właściwym miejscu na skali zainteresowań, którym odpowiadała konkretna część jego ciała.
Biblioteka, akurat, miała się stać pożywką dla jego intelektu. O ile jeszcze go posiadał...

Czy znacie to miejsce pomiędzy jawą a snem? To, z którego nie budzicie się z krzykiem, z którego wyrywa was wasza ulubiona piosenka przygrywana w radiu? To miejsce, gdzie chcecie zostać na zawsze, do którego wracacie z utraconą nadzieją, złamanym sercem, zniszczonymi marzeniami? To, gdzie wszystko może się zdarzyć?
Na chwilę zapomniała, co to trawa, szum wiatru. Liście poruszały się w rytm nadawanej przez naturę muzyce, prześwietlając między sobą gorące promienie słońca.
W tym pocałunku poczuła po koniuszki rudych włosów, że śni na jawie…

Chris uśmiechnął się lekko do Georgianny, odsuwając się od niej. Ta nadal była w lekkim szoku, a jej policzki paliły się czerwienią.  Uśmiechnęła się do niego nieśmiało i pozwoliła sobie na położenie głowy na jego ramieniu.
- Wszystko będzie dobrze – powiedziała przekonująco dziewczyna.
Siedzący obok niej chłopak jeszcze nigdy nie miał tak bardzo pewnego przeczucia, że już nigdy nie będzie dobrze. Z narastającą w sercu pustką patrzył na oddalające się w stronę zamku sylwetki.
Jego świat… na tę jedną, jedyną chwilę przestał istnieć.

Jess płakała. Artek merdał klapką, próbując ją pocieszyć. Po chwili pociesznie zeskoczył z łóżka i wdrapał się na kolejne, wyciągając spod dużej, puchowej, szpitalnej poduszki jakąś pocztówkę. Kiedy ją jej podarował dziewczyna zaśmiała się przez łzy. Było to zdjęcie wszystkich siódmoklasistów, którzy z dumą pozowali na tle wejścia do Hogwartu. Stojący niedaleko niej Chris ukradkiem zerkał w jej stronę, konspiracyjnie rozmawiając z Arthurem, który roześmiał się i posłał Mariettcie całusa.
Jess podrapała Artka za klapką.
 Siedząca obok niej Marietta trzymała zaś na kolanach pudełko czekoladowych lodów Fortescque, co chwilę wydrapując z niego kolejną porcję pocieszenia.
- To nic – mówiła - Tak już miało być…
Mrau, 2008-04-06
skomentuj (3)

Veneficium: XII


part one

Charlie weszła do pokoju wspólnego wczesnym rankiem. Trzymając w dłoni torbę z książkami, starała się nie zastanawiać jak głupio wygląda wymykając się o takiej godzinie z własnego domu… Promienie ledwo muskały szyby Hogwartu, sprawiając, że gama kolorów rozpościerała się na kanapach i kamiennej podłodze, tworząc ciepłe kompozycje, które znikały w nieprzeniknionych ciemnościach. W tym świetle zwykle granatowe obicia miały teraz lekko zielonkawą nutę, sprawiając, że wszystko zdawało się jeszcze bardziej magiczne, niż mogło się wydawać.
Uważając na stopień pułapkę z uwagą omijała niebezpieczne skrzypnięcia i inne elementy architektury, które mogły jej przeszkodzić w bezszelestnym dotarciu do celu.
Tyle że kiedy już zeszła na dół, kiedy już, już miała przejść przez system zabezpieczeń okalający dom mądrej Roweny uprzedził ją czyjś głos:
- Wracaj tutaj, Charlotte Wright.
I nie był on wcale miły.
Charlie skuliła się, syknęła, przeklinając swojego pecha. Jak złodziej złapany na kradzieży z niewinną miną odwróciła się i uśmiechnęła uroczo:
- Jestem niewinna – odpowiedziała od razu, nie czekając na jakiekolwiek oskarżenia i pytania.
- To się jeszcze okaże – mruknął chłopak – siadaj.
Wskazał jej miejsce naprzeciwko siebie. Charlie całkowicie nieplanowanie posłuchała go. Z podkulonym ogonem, przysiadła na dużej kanapie. Jeszcze nigdy pokój wspólny nie wydawał jej się taki przytłaczający i duży.
- Więc?  - zapytał się zaspany Will patrząc na nią całkowicie przytomnie, co uważała za jakiś defekt, biorąc pod uwagę, że słońce dopiero wstawało – ona sama wyglądała jakby przez jej włosy przeszło tornado, a podkrążone oczy upodobniały ją do Bogarta z maminej szafy. Tymczasem Will wygodnie usadowił się w wiekowym fotelu. Gdyby nie intensywny wzrok skoncentrowany na niej możnaby powiedzieć, że właśnie się relaksuje, leniwie przymykając czarne oczy w rażącym wschodzącym słońcu.
Mogłaby w tym momencie wybuchnąć gniewem lub ewentualnie po prostu się zezłościć. Tymczasem mięła w dłoni końcówkę spódnicy, przyglądając się uważnie swoim dłoniom, jakby to był najbardziej fascynujący element w okolicy.
Will sapnął, ale nie odezwał się, studiując jej twarz, długie czarne włosy. Jej szaro niebieskie oczy były zawstydzająco przymrużone, kiedy patrzyła na spódnicę i nierówne paznokcie.
Siedzieli w ciszy. Czuła na sobie jego uważny wzrok, co sprawiało, że jeszcze bardziej nerwowo mięła materiał spódnicy. Kiedy w końcu odważyła się spojrzeć w jego czarne oczy, ten podniósł się.
Już, już gotowa była wyjaśniać, przepraszać… cokolwiek żeby tylko powiedział, że wszystko się ułoży, że jest dobrze, że może się przytulić…. Otworzyła już usta, ale w tym samym momencie odezwał się:
- Widzę, że jednak nie jesteś wystarczająco dojrzała – powiedział smutno, wcale nie złośliwie. Po raz ostatni spojrzał jeszcze na nią i udał się do swojego dormitorium.
Jak jeszcze nigdy w życiu miała najszczerszą ochotę się rozpłakać.

Z katarem i Artkiem pożegnała się już jakiś czas temu. Zgodnie z daną koszowi obietnicą, co jakiś czas podrzucała mu stare wypracowania, zużyte pergaminy i inne elementu szeroko pojętej makulatury. Artek na ten gest zawsze z wdzięcznością machał klapką i podskakiwał uradowany, wydając te dziwne odgłosy, kiedy tylko ją zobaczył.
W porównaniu do opuszczenia w sumie miłego zwierzęcia, spotkanie z Chrisem miało wymiar katastrofalny. Nie tylko nie wiedziała, co powie kiedy go zobaczy, ale nawet nie wiedziała, czy ma takową ochotę. Fakt, że prowadził się z rudym czymś powinien być wystarczająco przekonujący nawet dla jej sumienia.
Charlie i jej kłopoty wydawały jej się w tej chwili błahe – zresztą, jeśli miałaby być szczera, w sumie to tylko jej problemy mogły konkurować w kategorii „najbardziej beznadziejne”.
Z taką myślą przemierzyła korytarze Hogwartu, napotykając po drodze nielicznych, którzy mogli o takiej godzinie znaleźć się poza Wielką Salą, na której odbywało się w tej chwili śniadanie…

Melodramatycznie i głupio. Will miał ochotę walić głową o mur. W sumie powinien o tej porze siedzieć przy stole Ravenclawu i zajadać się tostem z dżemem, który wręcz uwielbiał, ale na myśl o spotkaniu swojej przyjaciółki – czy kimkolwiek ona była dla niego – jego zwykle testralski apetyt przestawał dokuczać.
Już dawno powinien tą sprawę załatwić: raz a porządnie! Tymczasem będzie musiał unikać wszystkich potencjalnych miejsc jej pobytu: Wielkiej Sali, pokoju wspólnego, sal lekcyjnych, korytarzy…
Po krótkim zastanowieniu stwierdził, że zostało mu w ostateczności jego przytulne dormitorium i biblioteka. Kiedy pierwsze wydawało się dość oczywiste, jak na miejsce kryjówki – a zostało wykluczone choćby przez pobyt Michael’a, który ciągle parskał w jego obecności, to biblioteka nie wydawała się tak złym pomysłem…
W każdym razie tak mu się wydawało…

Chris z zawiedzioną miną spojrzał na miejsce koło Marietty…
Trudno mu było skupić się na czymkolwiek innym niż myśl, że jej tu nie ma… Och, oczywiście, że próbował! Skupiał się na dżemie, herbacie, soku dyniowym , czy nawet talerzu. Ale nawet porcelana zdawała się przypominać mu, że ona pewnie jeszcze tkwi w skrzydle szpitalnym…
Artur, który koniecznie chciał zwrócić na siebie uwagę musiał się zadowolić Chrisem, który był tak zdezorientowany i zły że dosłownie mógłby wyginać łyżki za pomocą odznaki prefekta.
Nic nikomu nie układało się po myśli.

Tymczasem kilka historii staczało się do niewiadomego końca, drogi zasnutej mgłą tajemnicy, którą po troszku odkrywały słowa i myśli, skarcone przez rozum, wypowiedziane przez zdradliwe usta. Wszystko miało się potoczyć w nikomu nieznanym kierunku, na orbicie przypadków i następstw rzeczy wielkich. Lucyfer miał tkwić w drobnostkach, a każdy krok miał powoli rozpoczynać bieg ku oddechowi zrozumienia.
Na przekór, wszystko miało swój sens. I było jak najbardziej po ich myśli…
Mrau, 2008-03-06
skomentuj (6)

Szablon stworzony przez Mrau tylko i wyłącznie na jej własne, niecne potrzeby. Obrazek zapożyczony od kaykaykit. Cała reszta wykonana za pomocą ukochanego Adobe Photoshop'a oraz GIF Movie Gear.
Przystosowany do rozdzielczości 1024x768. Dopasowany do przegląderek Mozilla Firefox, Opera i Internet Explorer
Tekst alternatywny
Mrau story
- Wersja oryginalna: I, II, III, IV
Veneficium
- Prolog, I, II, III, IV, V, VI
- VII, VIII, IX, X, XI, XVII: 1, 2, 3
Mister & Madam
- Bo szczęście nigdy nie trwa wiecznie
- Historia pewnego pocałunku
- I'm keeping whatever I get next time
Śmierciożercy - czyli bal czas zacząć
- The Happiest Memory
Another Ellie
- ---
Literacki misz-masz
- Va fall Maeriell
- Noc Kupały
Tekst alternatywny
- I
- II
- III
- IV
- V
Tekst alternatywny
- Wyraź swoją opinię!
- Napisz do autorki
Poczytni:
#, #, #, #,